Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Grzyb nad Ameryką

Z dzieciństwa pamiętam, nieco mętnie, tzw. kryzys kubański. Choć prawie nikt nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego, jak poważny był to konflikt, dziś wiadomo już, że Kennedy i Chruszczow znaleźli się wtedy o rzut beretem od globalnego starcia nuklearnego. Gdyby do niego doszło, dziś zapewne nie pisałbym tych słów ani też nie istniałoby Chicago. Pamiętam też coś innego. Ludzie w PRL-u, w którym jeszcze nie było kartek na artykuły żywnościowe, zaczęli masowo kupować sól. Jest to dla mnie fakt do dziś mało zrozumiały, gdyż solenie czegokolwiek w jakimkolwiek celu w obliczu nuklearnych eksplozji raczej nie miałoby większego sensu, chyba że chodziło o konserwowanie zwłok.

Po kryzysie kubańskim nastały lata przygotowywania ludności krajów po obu stronach zimnowojennej przepaści do odpowiedniej reakcji na wojnę nuklearną. Były to poczynania dość groteskowe. Dzieciom w USA kazano co jakiś czas chować się pod ławki szkolne, które – jak powszechnie wiadomo – stanowią żelazną zaporę dla promieniowania radioaktywnego. We wszystkich miastach Ameryki wyznaczone zostały tzw. fallout shelters, czyli schrony przeciwatomowe, do których wiodły wymalowane na murach strzałki. W Wielkiej Brytanii nadawano w radiu i telewizji programy pt. Protect and Survive, w których radzono zaniepokojonym obywatelom, w jaki sposób przetrwać atak atomowy. Były wskazówki na temat magazynowania żywności, pomagania sąsiadom, przestrzegania poleceń władz, etc.

Niestety wszystko to sprowadzało się do prostej rady, jaką pokątnie propagowali ci, którzy wiedzieli doskonale o tym, iż wojny nuklearnej nie da się przeżyć. Oni zgodnie, choć nieoficjalnie radzili, by położyć się kopytami w kierunku wybuchu, przykryć białym prześcieradłem i czekać na niechybną śmierć.

Podobnie było w bloku komunistycznym, choć w mniej oczywisty sposób. We wrocławskim osiedlu KDM, zbudowanym po wojnie przez stalinowskich bohaterów układania 5 tysięcy cegieł w ciągu dwóch zmrużeń oka, w piwnicach były wielkie, żelazne drzwi, za którymi naród miał szukać schronienia na wypadek ataku ze strony amerykańskich imperialistów. Jednak za drzwiami tymi była zwykła piwnica, ponad którą wznosił się jeszcze zwyklejszy dom, a ów zapewne stopiłby się kompletnie w przypadku eksplozji jądrowej bomby. Poza tym, o ile dobrze pamiętam, już w późnych latach 50. drzwi tych nie dało się w żaden sposób zaryglować, gdyż ich zamki zostały kompletnie przeżarte rdzą. W związku z tym okoliczna dzieciarnia bawiła się w tych wnętrzach w wojnę, na szczęście bez używania jakiejkolwiek realnej broni.

Począwszy od lat 80. wizja nuklearnej zagłady naszego globu zeszła w cień i w zasadzie nikt o niej więcej nie mówił. Jednak historia – jak mówi wyświechtany slogan – kołem się toczy, a koło to właśnie znów nas rozjechało, dzięki heroicznym wysiłkom Donalda Trumpa oraz Kim Dzong Una. Obu panów łączy skłonność do skrajnej retoryki oraz nawyk chwalenia się tym, kto kogo może prędzej wykończyć i jakimi metodami. I oto nagle, po tylu latach względnego spokoju, znów trzeba się zastanawiać nad metodologią przetrwania konfliktu nuklearnego.

Ktoś mógłby pomyśleć, że na tego typu rozważania jest stanowczo za wcześnie. Innego zdania jest doktor Robert Levin, który stoi na czele wydziału zdrowia w powiecie Ventura na przedmieściach Los Angeles. Propaguje on w serwisie internetowym YouTube film, w którym zachęca obywateli do tego, by przygotowywali się na wypadek „nuklearnego terroryzmu” w taki sam sposób jak w obliczu nadciągającego tsunami lub trzęsienia ziemi. Jednakowoż materiał ten kończy się w dość kontrowersyjny sposób, ponieważ bohater filmiku zaczyna śpiewać z chwilą, gdy w tle pojawia się atomowy grzyb. W pieśni tej wyraża pogląd, że należy się nie bać, skryć się w jakimś pomieszczeniu i słuchać komunikatów władz.

Wszystko to rodzi we mnie dwie zasadnicze wątpliwości. Po pierwsze, mimo upływu tylu lat niektórzy nadal propagują tezę, iż gdzieś tam nad Los Angeles pojawi się nagle jądrowy borowik, ale nie ma się za bardzo czym przejmować, bo wystarczy – tak jak w przypadku tornado – wejść do jakiejś piwnicy lub do wanny w łazience, by skutecznie przetrwać, a potem przywalić północnokoreańskiemu konusowi w odwecie.

Przeczy to w oczywisty sposób dość mocno ugruntowanemu przekonaniu, iż w konflikcie nuklearnym nigdy nie będzie żadnego „wygranego”, o ile w ogóle będą jeszcze jacyś ludzie. Steve Colbert być może ujął to najtrafniej w jednym ze swoich ostatnich programów telewizyjnych, który rozpoczął od słów: – Nie chcę nikogo za bardzo niepokoić, ale myślę, że wszyscy wkrótce zginiemy. Był to wprawdzie żart, ale w obecnej sytuacji nie jest on zbyt śmieszny.

Po drugie, czekanie na komunikaty ze strony władz zakłada lekkomyślnie, że jakiekolwiek władze będą jeszcze istnieć i że będą miały do dyspozycji środki publicznego przekazu. Alex Wellerstein, profesor historii w Stevens Institute of Technology w New Jersey, powiedział gazecie The Los Angeles Times: „Obecna retoryka nuklearna stanowi powrót do lat 80. Miałem nadzieję, że ten powrót już nigdy nie nastąpi”.

Ja też.

Andrzej Heyduk