Szukaj
Polub nas!

Mount Rushmore fot PixabayMount Rushmore (fot. Pixabay)Fort Donald

W swoim czasie wyraziłem w tym miejscu przekonanie, że Mount Rushmore jest jedną z najgłupszych atrakcji turystycznych Ameryki. Zdanie to podtrzymuję do dziś. W roku 1876 w wyniku wojny z plemieniem Siuksów biali koloniści zajęli okolice Black Hills w stanie Południowa Dakota, mimo że kilka lat wcześniej podpisane zostało porozumienie znane jako Treaty of Laramie, na mocy którego tereny te miały być na zawsze własnością Indian.

Siuksowie znali wzniesienie, z którego dziś spozierają na nas portrety prezydentów, jako Górę Sześciu Dziadków. Dla nich zarówno te zbocza, jak i otaczające je tereny były swoistą świętą ziemią, nienaruszalnym i niepodzielnym miejscem. Jednak w roku 1885 w czasie jednej z wczesnych ekspedycji wzniesienie zostało nazwane Mount Rushmore na cześć nowojorskiego prawnika Charlesa E. Rushmore’a, który zasłużył się tym, że często w Południowej Dakocie polował i współpracował z poszukiwaczami złota oraz innych metali szlachetnych. Nazwa ta została oficjalnie zatwierdzona dopiero w roku 1930, co miało zapewne związek z tym, że Rushmore kilka lat wcześniej wspomógł pomysł wyrzeźbienia w zboczu góry portretów czterech prezydentów datkiem w wysokości 5 tysięcy dolarów.

Pomysł ten zrodził się, w dość niejasnych okolicznościach, w roku 1923. Pomysłodawcą był historyk Doane Robinson, który uważał, że patriotyczna, monumentalna rzeźba na zboczu góry spowoduje wzrost napływu turystów do Południowej Dakoty. Nie pomylił się. Dziś miejsce to odwiedzane jest przez ponad 2 miliony ludzi rocznie. Ponadto Mount Rushmore figurowała w kilku głośnych filmach i powieściach.

Rzeźbienie portretów zostało zatwierdzone przez Kongres w roku 1927 i zakończone po 14 latach. W ten sposób Indianie dostali od białego człowieka wspaniały prezent w postaci permanentnie okaleczonego świętego wzgórza, natomiast turyści z całego kraju i świata do dziś oglądają chętnie to dzieło.

Polacy mają oczywiście własne doświadczenia z tego rodzaju „prezentami”. Przez pewien czas Katowice nazywały się Stalinogrodem, a Pałac Kultury i Nauki był początkowo placówką imienia Józefa Stalina. Jednak nie jest to do końca porównywalne z tym, co zostało zrobione z Mount Rushmore. Porównywalne byłoby wtedy, gdyby w okresie stalinizmu na zboczu Jasnej Góry w Częstochowie wyrzeźbiono portrety Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Polacy zapewne by protestowali, choć w tamtych czasach wszelki sprzeciw wobec władz kończył się zwykle fatalnie dla protestujących.

W Południowej Dakocie od samego początku protestowali też Indianie, ale bez powodzenia. W roku 1971 doszło nawet do krótkiej okupacji Mount Rushmore przez działaczy American Indian Movement, którzy przemianowali wzniesienie na Górę Szalonego Konia (Mount Crazy Horse), ku czci legendarnego wodza plemienia Siuksów. Natomiast począwszy od roku 1948 trwa wznoszenie w tej samej okolicy ogromnej rzeźby przedstawiającej indiańskiego wodza na koniu, którą zaprojektował Korczak Ziółkowski, nowojorski rzeźbiarz polskiego pochodzenia. Rzeźba ma mieć aż 563 stopy wysokości. Jest to dość wymowna odpowiedź Indian na pomysł stworzenia prezydenckiego skansenu na Mount Rushmore.

Zresztą nie tylko o Indian tu chodzi. Pomysł zrobienia pomnika ze wzgórza, czyli trwałego odmienienia wyglądu tych terenów, zawsze był dziwny i budził wiele wątpliwości. Deliberacje w Kongresie na ten temat trwały dość długo i były skomplikowane, ale ostatecznie przeważyły względy patriotyczne, które nigdy nie brały pod uwagę jakikolwiek indiańskich sentymentów.

O wszystkim tym piszę nie bez powodu. W historii Mount Rushmore wiele było dyskusji na temat oryginalnego wyboru czterech prezydentów (Washington, Lincoln, Jefferson i Roosevelt). Później od czasu do czasu pojawiały się propozycje dodawania kolejnych amerykańskich przywódców do skalnego pocztu herosów amerykańskiej historii. Ostatecznie jednak nigdy nikogo nie dodano ani też nie ma żadnych planów rzeźbiarskiej ekspansji. Nie znaczy to jednak, że nie ma ochotników.

W czasie niedawnego wiecu Donalda Trumpa w Youngstown w stanie Ohio prezydent zasugerował, poniekąd żartem, iż jego podobizna powinna znaleźć się na Mount Rushmore. Biorąc pod uwagę fakt, że Trump rządzi dopiero od pół roku i jeszcze niczego konkretnego nie dokonał, jest to propozycja śmiała, by nie powiedzieć bezczelna. Prezydencki żart spotkał się z natychmiastową reakcją tysięcy internatów, którzy zaczęli w Sieci umieszczać niezliczone memy, przedstawiające przede wszystkim to, jak zbocze góry wyglądałoby z dodatkowym wizerunkiem obecnego lokatora Białego Domu. Przeważały wizje, w których – jak można się było spodziewać – twarz Trumpa jest dwa razy większa od reszty, a jego czupryna zasłania pozostałych, mało ważnych w historii Ameryki prezydentów.

W miarę oczywiste jest to, że podobizna Trumpa nie zostanie dodana do czterech prezydenckich portretów wykutych w skale, tym bardziej że – wbrew początkowym obietnicom – rząd Meksyku zdecydowanie zdementował pogłoski o tym, iż za dodatek ten zapłaci, a odmowy udzielił też premier Kanady Justin Trudeau, który stwierdził rzekomo, iż nie wyda ani centa, nawet gdyby również jego podobizna miała się znaleźć na Mount Rushmore, w imię przyjaźni amerykańsko-kanadyjskiej.

Sama wizja, nawet jeśli żartobliwa, dodania Trumpa do Mount Rushmore National Memorial wywołała sporo emocji. Niektórzy komentatorzy twierdzą, iż taniej i łatwiej byłoby przemianować jakieś miasto tak, by stało się ono symbolem wielkości i doskonałości obecnego przywódcy. Możliwości jest bardzo wiele – San Trump, Los Donald, Las Trump, Fort Donald, etc.

Andrzej Heyduk