Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Łańcuch hamburgerów

Ameryka, co by o niej nie powiedzieć, pozostaje krajem ludzi niezwykle życzliwych, którzy – jeśli zajdzie taka potrzeba – zazwyczaj starają się pomagać bliźnim i okazywać w stosunku do nich nieudawaną uprzejmość. Stoi to w jaskrawej sprzeczności do takich krajów jak Anglia, gdzie w życiu publicznym też wszyscy są bardzo uprzejmi i przyjaźni, ale jest to zwykle fasada bez realnego pokrycia. Owszem, fonetyczna przestrzeń Wielkiej Brytanii usiana jest stwierdzeniami typu „lovely”, „thank you ever so much” oraz „cheers”, ale tak naprawdę zaraz potem ludzie wypowiadający te słowa zapewne narzekają na groźny najazd jakichś baranów z odległych zakątków świata lub z sąsiedniego miasta. Natomiast we Francji nie ma fasady, gdyż pewna niechęć w stosunku do „obcych” jest wszechobecna i wskazana, szczególnie wobec tych osób, którym nie chce się wypowiedzieć choćby kilku słów po francusku.

W USA też nie można liczyć na powszechną akceptację i pomoc, ale mimo wszystko szanse na przyjaźń są niemal zawsze większe niż na wrogość. Na samym początku mojej kariery emigranta jechałem kiedyś samochodem po Pulaski Road, między North i Madison. Była to wtedy (nie wiem, jak jest dziś) kraina dość zdezelowana, pełna zabitych dechami kamienic i dziwnie wyglądających, czarnoskórych młokosów. I to właśnie tam złapałem gumę i utknąłem w miejscu. Byłem przeświadczony, iż stanę się niemal natychmiast częścią smutnych chicagowskich statystyk dotyczących ludzi, którzy nagle przepadli bez śladu, a których ciała znajdowane były później w kubłach na śmieci, porzucanych gdzieś na poboczu Eisenhower Expressway. Stało się jednak zupełnie inaczej.

Z jednej z fatalnie wyglądających kamienic wyszedł do mnie zaawansowany wiekiem człowiek, nieco przypominający postać dziadka z serialu Roots, który zapytał mnie, czy potrzebuję pomocy, a potem wspólnie ze mną zmienił oponę, pożyczył mi wszystkiego najlepszego i wyprawił mnie w dalszą drogę. Gdy zaoferowałem mu na odjezdnym dychę za jego wysiłek, wyśmiał mnie i zasugerował, bym sobie za tę sumę kupił parę piw. Tak też zrobiłem.

Czy dziś, w Ameryce, która pod wieloma względami jest zapewne zupełnie inna od tej sprzed 30 lat, coś podobnego jest nadal możliwe? Mam nadzieję, że tak. A wypadki, jakie miały niedawno miejsce w miejscowości Scottsburg w stanie Indiana, zdają się to potwierdzać. W tamtejszej hamburgerowni McDonald’s ustawiła się pewnego dnia dość długa kolejka w tzw. „drive-thru”, czyli tam, gdzie w samochodach siedzą amatorzy niezdrowego żarcia, którym nie chce się opuścić pojazdu w celu osobistego zakupienia jadła.

W tym akurat dniu kasę „zewnętrzną” obsługiwała Hunter Hostetler, która zauważyła coś dziwnego. Gdy do okienka podjechała samochodem samotna, starsza kobieta, zapłaciła za swoje danie, a następnie powiedziała Hunter, że płaci również za cały posiłek następnego w kolejce pojazdu, w którym znajdował się ojciec wraz z czworgiem swoich dzieci. Nie zdradziła swojej tożsamości ani też nie czekała na dokonanie transakcji, tylko odjechała w nieznane. Było to możliwe dlatego, iż obsługa wiedziała już, co wspomniany mężczyzna zamówił i ile za to trzeba było zapłacić.

Na tym jednak nie koniec tej historii. Gdy obdarowany klient zwiedział się o geście damy z samochodu przed nim, postanowił dokonać podobnego manewru i zapłacił za posiłki zamówione przez ludzi w następnych dwóch samochodach. W ten sposób powstał niezwykły spontaniczny łańcuch dobrej woli. Do końca dnia 167 samochodów stojących w kolejce po kolejne dania opłacało również posiłki bliźnich za nimi. Oczywistym „wygranym” stał się ten ostatni w kolejce, który nie musiał już nikomu niczego kupować, ale to inna sprawa.

Szczerze mówiąc, to pozornie poślednie wydarzenie w niewielkiej miejscowości w stanie Indiana napawa mnie pewnym, być może zupełnie irracjonalnym, optymizmem. Bądź co bądź zupełnie nieznani sobie ludzie fundowali sobie wzajemnie jedzenie, nie zwracając uwagi na to, czy osoby w samochodach za nimi były czarne, białe, orientalne, chrześcijańskie, muzułmańskie albo jeszcze jakieś inne. Nikt się nikogo o nic nie pytał ani też nie wchodziły w grę jakiekolwiek aspekty polityczne. Tak właśnie powinno być i zapewne nadal jest na poziomie lokalnym, z dala od waszyngtońskiego marazmu i obecnej retoryki Białego Domu. Innymi słowy, ta stara, przyjazna i dobroduszna Ameryka nadal istnieje, nawet jeśli od czasu do czasu może się wydawać, iż znajduje się w stanie odwrotu.

W moim bezpośrednim sąsiedztwie istnieje gospodarstwo rolne, które oferuje ludziom swoje produkty w „sklepie” będącym drewnianą samoobsługową budką. Każdy może się tam zatrzymać i załadować do torby jaja, mięso oraz sery, a następnie do skrzynki wrzucić pieniądze metodą „co łaska”. O ile wiem, jeszcze nikt nigdy niczego z tego przybytku nie ukradł. Kradzież byłaby w tym przypadku ciosem w lokalną społeczność, co nie wchodzi w rachubę. Być może prędzej czy później konieczny stanie się powrót do społecznych relacji sprzed bardzo wielu lat. Na razie zdaje się on być niestety dość odległą perspektywą. Jeśli jednak utkniecie gdzieś w kolejce po Big Maca, rozważcie możliwość sprezentowania go następnej osobie w kolejce. Od czegoś trzeba zacząć.

Andrzej Heyduk