Szukaj
Polub nas!

felieton Kim Dzong Un i Dennis Rodman fot KCNA EPAW trakcie jednej z poprzednich wizyt w Korei Północnej
jako samozwańczy „ambasador”, Dennis Rodman
siedział na trybunach z Kimem Dzong Unem,
przyglądając się meczowi koszykówki (fot. KCNA/EPA)
Zakupy na lotnisku

Wszyscy zapewne są w stanie wczuć się w następującą sytuację. Trzeba lecieć do jakiejś rodziny, by obdarować wujka Mietka prezentem z okazji urodzin lub 50. rocznicy pożenienia się z ciocią Zuzią. Problem w tym, że w ogromnym pośpiechu, towarzyszącym czasami tego rodzaju wyprawom, zapomina się o kupnie prezentu, a wtedy konieczna staje się paniczna wędrówka po sklepach na lotnisku w poszukiwaniu jakowejś drobnostki dla jubilata. Wybór jest wtedy zwykle dość ograniczony, co może prowadzić do tego, iż rzeczony wujek Mietek dostanie koszulkę z napisem „I love Chicago”, mimo że mieszka w Denver, albo długopis ozdobiony grawerunkiem „Let’s Go Bears”.

Myślę, że przed bardzo podobnym problemem stanął były heros drużyny Chicago Bulls, Dennis Rodman, który wybrał się niedawno z ponowną wizytą do Korei Północnej na spotkanie ze swoim kumplem Kimem Dzong Unem. Przecież coś trzeba było temu facetowi sprezentować, tak by miał jakąś rozrywkę między egzekucjami. Jak wynika z doniesień mediów, zestaw prezentów przywiezionych przez Dennisa kurduplowatemu tyranowi azjatyckiemu wyraźnie wskazuje, że zakupy musiały być kwestią ostatniej chwili.

Nie wiadomo jeszcze, czy Rodman spotkał się tym razem z koreańskim przywódcą. W trakcie swoich poprzednich wizyt siedział z nim na trybunach i oglądał jakiś mecz koszykówki w wykonaniu facetów, z których większość znajduje się dziś zapewne w „koloniach karnych”, ponieważ nie trafiła w stosownym dla władzy momencie do kosza. Potem Dennis nazwał swojego gospodarza „miłym człowiekiem”, z którym się zaprzyjaźnił na wieki wieków amen. Jednak ta najnowsza wizyta publicznie ograniczyła się do spotkania z ministrem sportu, Kimem Il Gukiem, któremu dawny koszykarz ligi NBA wręczył szereg prezentów dla „ukochanego przywódcy”.

Zestaw tych podarunków jest bardzo wymowny. Rodman sprezentował swojemu kumplowi kopię książki Donalda Trumpa pt. The Art of the Deal. Dzieło nie zostało podpisane przez samego autora, co jest o tyle zrozumiałe, iż on tego nie napisał, a jego ghostwriter jest postacią zupełnie nieznaną w Korei Północnej. Jednak inny problem polega na tym, że Wielki Kim nie zna angielskiego, a zatem nie jest w stanie tego przeczytać. A nawet gdyby był w stanie, robienie interesów w jego kraju polega przede wszystkim na wyborze ludzi przeznaczonych do rozwałki, w czym Donald mu bezpośrednio nie jest w stanie pomóc (choć pośrednio być może tak).

Następny prezent Rodmana to książka dla dzieci z brytyjskiej serii pt. Where’s Waldo? Ta akurat pozycja, złożona w podarunku dyktatorowi, jest całkowicie zrozumiała. Jest w niej dużo obrazków, nie trzeba się specjalnie wysilać przy jej czytaniu, a wymagany poziom inteligencji czytelnika jest stosunkowo niski, tak że nawet nieodrośnięty totalitarysta da sobie z tym radę. Jednak następne prezenty budzą rozliczne wątpliwości.

Dennis przywiózł swoim gospodarzom coś, co zwie się romantycznie „The Totally Essential Travel Collection”. Nie wiem, co w tym zestawie jest, ale należy domniemywać, że chodzi o rozmaite przyrządy podróżnicze typu składana szczoteczka do zębów, prezerwatywy, krem po goleniu, żyletki, dezodorant, itd. Ale to jeszcze nic. Następnym prezentem była układanka obrazkowa (czyli puzzle) z motywem nimfy wodnej (mermaid). Być może Rodman miał w tym przypadku jakiś ukryty cel. Mógł mieć na przykład nadzieję, że Kim tak się wciągnie w układanie tych setek kawałków w jedną całość (szczególnie jeśli nimfa jest naga), że na jakiś czas zapomni o prześladowaniu narodu. Myślę jednak, że jest to myślenie dość optymistyczne, gdyż ciemiężenie ludzi jest dla niego z pewnością znacznie bardziej atrakcyjne niż szukanie lewego paska włosów nimfy na podłodze pałacu w Pjongjangu. Jest też inna możliwość – układanka mogła zwierać jakąś sekretną wiadomość dla wodza, np. „nie naciskaj tego czerwonego guzika”, albo „daj sobie spokój z tymi bombami atomowymi”. Ale jeśli tak, to zapewne nigdy o szczegółach się nie dowiemy.

Kolejny prezent Dennisa to już chyba klasyczny przykład zakupów w ostatniej chwili na lotnisku. Koszykarz podarował Kimowi dwa zestawy mydeł, czym zasugerował, iż jego azjatycki kumpel ma pewne problemy z higieną osobistą. Gdyby mydła podarował przywódcy Korei Północnej jakiś inny Amerykanin, np. Otto Warmbier, zostałby za karę wprawiony w stan śpiączki i odesłany do Ameryki. Jednak w przypadku Rodmana wszystko skończyło się pomyślnie, przynajmniej w tym sensie, że wrócił on bez przeszkód do ojczyzny, a na lotnisku w Pekinie zaprezentował się w koszulce z napisem „Ambasador Rodman”. Orzekł też, że jego kolejna wizyta w Korei Północnej była „wielkim sukcesem”, natomiast jego agent, Chris Volo, wyraził pogląd, iż Dennis działał na rzecz „ustanowienia pokoju między naszymi narodami”. Na wszelki wypadek Biały Dom zapewnił w pośpiechu, iż z mydlaną misją Rodmana nie miał nic wspólnego i że koszykarz nie został obarczony żadną oficjalną misją.

Moim czysto prywatnym zdaniem Dennis Rodman działał wyłącznie jako ambasador swojej własnej głupoty i raz jeszcze dał się wykorzystać przez morderców do idiotycznej propagandy. Jednak mimo to dla wszystkich krzepiąca winna być wizja Kima Dzong Una myjącego się amerykańskimi mydłami w trakcie czytania Where’s Waldo? i układania wizerunku nagiej nimfy.

Andrzej Heyduk