Szukaj
Polub nas!

felieton Armstrong na Księżycu fot NASA WikipediaNeil Armstrong na Księżycu
(fot. NASA/Wikipedia)
Dwa worki

Gdy rozradowana gawiedź teutońska zaczęła w 1989 roku demontować berliński mur, od razu doszedłem do wniosku, iż prędzej czy później kawałki betonu będą sprzedawane na całym świecie jako pamiątki po powojennym podziale Europy. I rzeczywiście – już po paru miesiącach można było w różnych miejscach kupić „kawałek historii” w postaci fragmentu chodnika rozłupanego gdzieś w Rostocku, a udającego ścianę ze stolicy Niemiec. Być może jestem nieco zbyt cyniczny, bo przecież gruzów berlińskich było na tyle dużo, iż dla każdego chętnego by wystarczyło. Z drugiej strony, każdy mógł wtedy pakować kamienie dowolnego pochodzenia i je opychać zainteresowanym, przekonując ich o autentyzmie towaru różnymi „dokumentami”, drukowanymi masowo na domowych inkjetach.

Powodowany chorobliwą ciekawością, sam wydałem dziesięć zielonych i zamówiłem własny kawałek muru. Towar przyszedł w gustownym pudełku, w którym umieszczone było „oficjalne” zaświadczenie od tym, iż kamień został przywieziony do USA z NRD, która wtedy jeszcze formalnie istniała. Natomiast w eleganckim woreczku znalazłem szary kawałek betonu, który być może pochodził z Berlina, ale równie dobrze mógł odpaść od przerdzewiałej konstrukcji mostu nad Hudson River. Mimo to rzekomy kawałek berlińskiego muru posiadam do dziś i czekam na moment, w którym nagle okaże się, że jest on wart tysiące dolarów.

Piszę o tym dlatego, że już wkrótce na aukcji firmy Sothebys ma zostać sprzedany, być może aż za cztery miliony dolarów, niepozorny worek, który nie zawiera żadnych skał, a jedynie ślady po nich. Na worku widnieje napis „Lunar Sample Return” i – technicznie rzecz biorąc – jest to własność agencji NASA, tyle że nie do końca.

Jak wieść astronautyczna niesie, w roku 1969, gdy Neil Armstrong jako pierwszy stanął na powierzchni Księżyca, miał przy sobie właśnie ten worek, do którego załadował parę księżycowych kamieni. Po powrocie na matkę Ziemię worek przekazał laboratorium w Houston, którego pracownicy skały gdzieś tam przesypali, natomiast losy worka stały się na jakiś czas nieznane. Pojawił się on przed kilkoma laty ponownie na aukcji witryny internetowej U.S. Marshals Office. I to właśnie wtedy Nancy Lee Carlson, która pracuje w Chicago jako prawnik, kupiła ten przedmiot za 995 dolarów.

Dlaczego zdecydowała się na ten dziwny zakup? Trudno powiedzieć. Przyznaje, iż kolekcjonuje różne przedmioty związane z amerykańskim programem badań przestrzeni kosmicznej i że worek Armstronga od razu ją skusił. Popełniła jednak poważny błąd. Gdy weszła już w posiadanie tej dziwnej pamiątki, wysłała ją do NASA w celu poddania przedmiotu analizie. Spece z astronautycznej agencji potwierdzili, iż w środku worka nadal znajduje się księżycowy pył, ale jednocześnie wyrazili pogląd, że przedmiot ten jest własnością rządu federalnego i nie może być obiektem jakichkolwiek przetargów. Innymi słowy, rzecz zarekwirowali i odmówili jej zwrotu.

Pani Carlson nie darmo jest z zawodu prawnikiem – postanowiła domagać się zwrotu nabytego na aukcji kosmicznego worka na drodze sądowej i – po wielu perypetiach – ostatecznie wygrała. A ponieważ teraz wiadomo już, że kupiony przez nią za niespełna tysiąc dolarów przedmiot jest śladowym magazynem pyłu księżycowego, wartość worka nagle dramatycznie wzrosła i obecnie eksperci uważają, że sprzeda się za wspomniane już miliony. Jest to o tyle zrozumiałe, że NASA nikomu nie pozwala na posiadanie jakichkolwiek kosmicznych próbek gruntu, a zatem nie można na przykład nigdzie kupić pozaziemskiej skały. Organizatorka aukcji w Sothebys wyraziła w związku z tym pogląd, że oferowanie do sprzedaży worka Armstronga to prawie to samo co wystawienie na aukcji obrazu Mona Lisa. Chyba trochę przegięła z tym porównaniem, ale co tam.

Przedstawiciel agencji NASA, William Jeff, powiedział gazecie The Wall Street Journal, iż pamiątki kosmiczne powinny być częścią dostępnych ogólnej publiczności wystaw, a nie zalegiwać gdzieś w czyjejś prywatnej szufladzie. Może i ma rację, choć ja sam nie miałbym nic przeciw zalegiwaniu czterech milionów w mojej szufladzie, a zatem motywację pani Carlson doskonale rozumiem. Poza tym, skoro worek został wystawiony już raz na sprzedaż przez inną agencję rządową, to trudno zrozumieć, dlaczego teraz okazuje się nagle, iż ta wcześniejsza transakcja jest nieważna.

Wracając jednak do mojego kawałka muru berlińskiego, niemal na pewno nigdy za niego nie dostanę większych pieniędzy, nawet jeśli rzeczywiście jest autentyczny. Natomiast worek Neila Armstronga dziś jest obiektem marzeń wielu osób z nadmiarem gotówki, ale przypominam, iż nadal są tacy, którzy uważają, że nigdy żadnych lotów na Księżyc nie było, a cały program Apollo został sfingowany. A jeśli tak, to kiedyś może się okazać, że Neil „wylądował” na kupie szarego gruzu za stodołą na Florydzie, a do swojego worka zgromadził resztki stojącego tam niegdyś muru odgradzającego rzekomą stodołę od pobliskiego pastwiska. Wtedy niestety ów worek na tyle straci na wartości, że nawet może spaść poniżej sum oferowanych za mój kawałek muru. Jednym słowem – tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo.

Andrzej Heyduk