Szukaj
Polub nas!

airport-1515448 1920Biorąc pod uwagę wszystko, przez co
przechodzą pasażerowie na lotniskach, trudno się dziwić,
że docierają na pokład samolotów
doszczętnie sfrustrowani (fot. Pixabay)
Syndrom bydła

Podróżowałem nieco ostatnio samolotami i to w dodatku liniami United, w związku z czym spodziewałem się, że lada chwila mogę zostać wyciągnięty za nogi z pokładu w celu zwolnienia miejsca dla kogoś „bardziej uprzywilejowanego”. Ostatecznie jednak do żadnych tego rodzaju ekscesów nie doszło. Natomiast doszło do innego zdarzenia, które wprawiło mnie w pewne zdziwienie.

W Monachium zająłem miejsce w niewielkim samolocie linii Lufthansa, który miał mnie zawieźć do Wrocławia. Wszystko odbywało się zgodnie z planem aż do czasu, gdy maszyna odjechała na pewną odległość od rękawa i się zatrzymała. Wkrótce potem pilot oznajmił, iż ma „zły rozkład” ładunku w samolocie i że w związku z tym cztery osoby w pierwszych czterech rzędach maszyny będą musiały ochotniczo przenieść się do tyłu, gdyż w przeciwnym razie start będzie niemożliwy.

Ponieważ siedziałem w rzędzie numer 4, teoretycznie apel pilota dotyczył również mojej osoby. Jednak zauważyłem od razu, iż w ciągu następnych kilkudziesięciu sekund „nacisk społeczny” był wywierany na co bardziej otyłych pasażerów, co stworzyło dość niezręczną sytuację, w ramach której ludzie zaczęli się bezwiednie szacować pod względem tuszy i wagi. Ostatecznie jednak w miarę szybko czterech okazałych wagowo pasażerów potulnie się przeprowadziło na tylne rzędy i wszystko było OK. Sądząc po tuszy ochotników, byli to zapewne Amerykanie, ale to już zupełnie inna sprawa. Potem przez pewien czas miałem dziwne wizje różnych innych scenariuszy, np. takich, że wstaje jakiś chuderlak i chce się przenieść do tylnych czeluści maszyny, ale wszyscy natychmiast krzyczą: „Ty, szkielet, siadaj! Nie nadajesz się!”.

Polubowne zażegnanie tego potencjalnego konfliktu na niemieckim lotnisku stoi jednakowoż w jaskrawej sprzeczności do tego, co odbywa się z niepokojącą częstotliwością na lotniskach i w samolotach amerykańskich. Czasami wydaje się wręcz, iż pasażerom trzeba zacząć wydawać wraz z tradycyjnymi boarding passes rękawice bokserskie.

Przed kilkunastoma dniami na lotnisku w Burbank w stanie Kalifornia wylądował samolot linii Southwest Airlines. Zaraz potem między trzema pasażerami doszło do bijatyki na pięści. Interweniująca stewardesa też dostała przy okazji w twarz i spadła gdzieś pod bijących się facetów. Do dziś nie wiadomo, jaka była przyczyna tych zajść, ale nie ma to większego znaczenia. Nieco wcześniej doszło do rękoczynów w terminalu lotniska na Florydzie, gdzie podobno wielu osobom puściły nerwy z chwilą, gdy okazało się, że ich lot został odwołany. Jeszcze wcześniej doszło do afery w Chicago z wyciąganym z pokładu siłą lekarzem, który nie chciał zrezygnować ze swojego miejsca z powodu tzw. overbooking.

Mniej więcej w tym samym czasie doszło do bójki między dwoma facetami na pokładzie samolotu All Nippon Airways, który właśnie miał wystartować z Tokio do Los Angeles. Aresztowany wtedy 44-letni kombatant rodem z USA w czasie wyprowadzania z samolotu przez policjantów krzyczał: „Myślicie, że ja jestem stuknięty? A co z rządem?”. Nie sprecyzował wprawdzie, o jaki rząd mu chodziło, ale co za różnica. Ponadto na pokładzie linii Delta doszło do naparzanki między pasażerami i pilotem, na szczęście już po lądowaniu. Wydaje się wręcz, iż podróż samolotem gdziekolwiek jest wprawdzie bezpieczna pod względem czysto aerodynamicznym, ale w mordę można przypadkowo dostać niemal zawsze. A ponieważ do konfliktów tych dochodzi zazwyczaj w metalowym, hermetycznie zamkniętym cygarze, ucieczka – np. przez okno lub drzwi – jest z natury rzeczy niemożliwa.

Mógłby ktoś powiedzieć, że są to sporadyczne incydenty, które w sumie nie mają większego znaczenia. Problem jednak w tym, iż jeszcze do niedawna zjawiska tego rodzaju nie miały miejsca, a zatem coś się musiało zmienić. Moim zdaniem winowajców nie należy szukać wśród indywidualnych pasażerów. Problem polega na tym, iż w USA od kilku lat postępuje proces „zbydlęcania” pasażerów. Ludziom, których jedyną aspiracją jest bezproblemowe dotarcie z miejsca A do B, zabiera się prawie wszystko – darmowe nadawanie bagażu, możliwość napicia się na pokładzie wody, w miarę wygodne siedzenie w fotelu, itd. Jeśli dodać do tego tasiemcowe kolejki do security, zdejmowanie butów i pasków oraz wywalanie zawartości kieszeni do plastikowych pojemników, nie ma nic dziwnego w tym, że czasami na pokład samolotów docierają ludzie doszczętnie sfrustrowani, by nie powiedzieć zdesperowani.

Gdzieś kiedyś powinien nastąpić kres tych procesów, ponieważ w przeciwnym razie prędzej czy później dojdzie do jakiejś tragedii. Linie United, zbulwersowane tym, że zmaltretowały własnego pasażera, od pewnego czasu obiecują zdecydowaną poprawę i przegląd wszystkich stosowanych procedur. Jednak w gruncie rzeczy nie chodzi o przeglądanie czegokolwiek. Wystarczy powrócić do przestarzałej filozofii, która stanowi, iż klient ma poniekąd zawsze rację i że jego nieustanna marginalizacja do roli „towaru” wpychanego bezwolnie na pokład samolotów jest receptą na przyszłą katastrofę.

Wygląda na to, że przez resztę roku już nigdzie nie polecę. Całe szczęście – będzie czas na ustalenie, czy podniebne podróżowanie nadal się będzie wiązać z narastającym niebezpieczeństwem powrotu do domu z obitą facjatą. Mam nadzieję, że chociaż w klasie biznesowej jeszcze nie biją.

Andrzej Heyduk