Szukaj
Polub nas!

felieton fot PixabayCałkowite znieczulenie? (fot. Pixabay)Siwucha kontra ból

Spójrzmy dziarsko prawdzie w oczy. Człowiek od zarania swojej historii zawsze zmagał się z bólem. Nie takim powodowanym ukłuciem szablą na polu walki lub walnięciem maczugą w łeb przez plemiennego przeciwnika, lecz bólem występującym w sposób naturalny, na przykład dotyczącym zepsutego zęba, ostrej niestrawności lub migreny. Lekarze, co by o nich nie powiedzieć, mają zwyczaj opisywania pewnych zjawisk bez żadnych ogródek. Twierdzą na przykład, że „ból, podobnie jak śmierć, stanowi nieodłączny element ludzkiej egzystencji. Człowiek jest nie tylko istotą myślącą, ale również istotą cierpiącą. Nie ma bardziej wszechobecnego i tak szeroko opisywanego zjawiska, jakim jest ból”. No nic, tylko się powiesić – najlepiej bezboleśnie.

Trzeba też zapewne przytoczyć definicję sporządzoną przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Badania Bólu (ok, ja też nie wiedziałem, że coś takiego w ogóle istnieje): „nieprzyjemne doznanie czuciowe i emocjonalne związane z rzeczywistym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek lub opisywane w kategoriach takiego uszkodzenia. Ból jest zawsze zjawiskiem subiektywnym. Każdy człowiek uczy się właściwego zastosowania tego słowa poprzez doświadczenia związane z urazami w początkowym okresie życia”. Definicja ta jest o tyle niepokojąca, iż sugeruje, że czasami ludziom po prostu zdaje się, że coś im dolega, mimo że tak naprawdę nic im nie jest, czyli że są nieuleczalnymi hipochondrykami.

W dawnych czasach, czyli przed pojawieniem się Internetu oraz aptek z setkami różnych pastylek przeciwbólowych, wierzono, że ból jest spowodowany przez demony wymierzające zasłużoną karę na polecenie bogów. Demony te odstraszano zaklęciami, amuletami i czarami. Później jednak ludzkość jakoś doszła do przekonania, że należy uciekać się do bardziej bezpośrednich metod, czyli preparatów antybólowych. Najwcześniej używane w tym celu zioła to mak, mandragora, konopie, lulek czarny i dzbanecznik.

Ciekawą, choć niezbyt apetyczną techniką uśmierzania bólu, której używano już w okresie neolitycznym, była trepanacja czaszki. Polegała ona na wierceniu dziury w schorowanych łbach, aby „uwolnić duchy”. Jestem w pewnym sensie pewien, że facetów z otworami w czaszkach już nic nie bolało. Nieco później Chińczycy zaczęli leczyć ból przy pomocy akupunktury. Wierzyli, że praktycznie każdy symptom można wyleczyć poprzez nakłuwanie skóry igłami, aby w ten sposób wyciągnąć nadmiar tzw. siły yin lub yang. Techniki te przetrwały do dziś i cieszą się w dalszym ciągu znacznym wzięciem, choć ja nadal preferuję stosowanie igieł do szycia.

Rośliną najdłużej i najczęściej używaną do leczenia bólu był mak (i pochodne opium). Zostało to udoskonalone w 1805 roku, kiedy z opium wyizolowana została morfina. Potem pojawił się eter w formie środka znieczulającego w czasie operacji, co spowodowało, że zabiegi chirurgiczne stały się w znacznej mierze bezbolesne. Innym ważnym odkryciem XIX wieku była też aspiryna, która pojawiła się w 1899 roku.

Piszę o tym wszystkim dlatego, iż właśnie się okazało, że rację mieli starożytni Egipcjanie. To właśnie oni wierzyli, że ból wywołany był przez duchy umarłych, które po zmroku wchodziły do ciała poprzez nozdrza lub uszy. Leczenie polegało na pozbyciu się tych duchów poprzez wymioty, oddawanie moczu, kichanie i pocenie się. Z tymi metodami można dziś polemizować, ale z drugiej strony ci sami Egipcjanie wpadli na genialny pomysł, którego słuszność została potwierdzona przez mężnych współczesnych naukowców. Egipski papirus, napisany w okolicach XVI wieku przed naszą erą, wspomina leczenie „bólów w ciele” za pomocą mieszaniny piwa, jałowca i pszenicy, którą to miksturę chory musiał połykać przez cztery dni.

No i co? Okazuje się, że wstępne, absolutnie nienaukowe przeświadczenie o tym, iż trunki alkoholowe posiadają niezaprzeczalne wartości uśmierzające ból, są jak najbardziej uzasadnione. Tak twierdzą badacze z Greenwich University, którzy przy pomocy swoich amerykańskich kolegów, zapewne pracujących w tym samym pubie, doszli na podstawie badań do wniosku, iż u ludzi, w których poziom alkoholu przekracza 0,08 procenta, ból w zasadzie przestaje mieć znaczenie, bo się go przestaje czuć. Doktor Trevor Thompson, który stał na czele zespołu naukowców i który być może jest nadal trzeźwy, uważa, że wyniki jego dociekań są bardzo istotne, gdyż dowodzą, że wypicie paru głębszych może być skuteczniejsze od stosowania Tylenolu lub kodeiny.

Na szczęście badacze z grupy Thompsona opatrzyli wyniki swoich analiz ostrzeżeniem, że „uśmierzające ból właściwości alkoholu mogą potencjalnie prowadzić do szkodliwych przyzwyczajeń, takich jak nadmierna konsumpcja”. Nie wiem, jakie stopnie naukowe potrzebne są do prowadzenia tego rodzaju badań, ale szczerze mówiąc wnioski te nie są dla mnie zbyt zaskakujące. Bądź co bądź jeszcze nigdy nie spotkałem w barze ostro nawalonego faceta, którego by coś bolało, chyba że spadł ze stołka i nadział się na leżący na podłodze zbity kufel. Thompson jest zdania, iż trunki nie tyle uśmierzają ból, co powodują, że osobom pijącym wydaje się on bez większego znaczenia.

Ależ mi odkrycie! Pomijając już fakt, że wiedzieli o tym starożytni Egipcjanie, istnieje ogromny zasób współczesnych danych, niekoniecznie związanych z ośrodkami badań naukowych, z których wynika jednoznacznie, iż nawet neolityczną trepanację czaszki można beztrosko przetrwać pod wpływem odpowiedniej dawki siwuchy. Sam na razie nie próbowałem, gdyż nadal preferuję czaszkę bez nawierconych w niej otworów. Poza tym, gdy ktoś wywierci w niej dziurę, może się nieprzystojnie okazać, że w środku niczego nie ma.

Andrzej Heyduk