Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Sześć lewych rąk

Przed mniej więcej pięcioma laty doszedłem do niepokojącego wniosku, iż nie umiem pisać. W tym miejscu wielu czytelników zapewne pomyślało sobie, że dla nich było to oczywiste już znacznie wcześniej. Muszę ich jednak rozczarować, bo ja nie takie pisanie mam na myśli. Chodzi mi o sztukę pisania odręcznego, czyli kaligrafię. Kiedyś w szkołach uczono dziatwę sztuki unikania stawiania w zeszytach kulfonów. W Polsce przedmiot taki istniał w szkołach podstawowych do początku lat 60., a w wielu innych krajach istnieje do dziś, gdyż uważa się powszechnie, że kunszt odręcznego pisania kształtuje skutecznie cierpliwość i charakter. Zresztą w przypadku takich języków jak chiński kaligrafia jest o tyle konieczna, że cały alfabet to zbiór dzieł sztuki.

Jeśli jednak kaligrafia w przypadku alfabetu łacińskiego istotnie jest kluczem do cierpliwości i charakteru, to jestem niestety facetem niecierpliwym i bez odpowiedniego kośćca charakterologicznego. Przyznaję, że w kaligrafii nigdy mi się za dobrze nie wiodło. Tworzenie pięknych liter wydawało mi się zajęciem z gruntu nudnym i niedającym żadnych konkretnych rezultatów. Zresztą było to w jakimś sensie rodzinne, gdyż pismo mojego ojca było w zasadzie nieczytelne, a jego podpis sugerował nazwisko Jemny, nie mające zbyt wielu łączności literowych z Heydukiem. Mimo tego genetycznego bagażu kulfoniarstwa, moje odręczne pismo, choć estetycznie niezbyt ponętne, było przez wiele lat w miarę czytelne. Dziś już nie jest.

Moja upadłość kaligraficzna wynika z prostego faktu – ja już nigdy niczego nie piszę odręcznie, a gdy przychodzi do naniesienia w kartce świątecznej jakichś życzeń, zwykle zdaję się na osoby lepiej do tego zadania przygotowane (np. na małżonkę). Gdybym niniejszy tekst napisał w całości odręcznie, ludzkość nigdy by się nie dowiedziała, co autor chciał przez to wszystko powiedzieć, gdyż nikt nie byłby w stanie treści rozszyfrować.

Pisać odręcznie nie mam od lat po co. Sztuka komponowania tradycyjnych listów do ludzi w zasadzie przestała istnieć, a wszystkie inne przesłania wystukiwane są na komputerowej klawiaturze lub na mikroskopijnej atrapie klawiatury w urządzeniach przenośnych. W sumie składa się to na dość prosty fakt – znaczna liczba Ziemian bierze dziś pióro lub długopis do ręki tylko po to, by złożyć na jakimś papierze podpis.

Mamy zatem do czynienia ze swoistym wtórnym analfabetyzmem kaligraficznym. Jest to zjawisko dość smutne, ale znalazłem metodę na błyskawiczne pocieszenie. Okazuje się bowiem, że ja straciłem wprawdzie zdolność do czytelnego odręcznego pisania, ale liczni inni ludzie stali się jeszcze bardziej „ułomni” i zgubili gdzieś wiele podstawowych, mogłoby się wydawać, umiejętności.

Firma Aviva przeprowadziła ostatnio serię badań sondażowych, których celem było ustalenie, co przedstawiciele młodej generacji potrafią sami i bez niczyjej pomocy zrobić. Nie chodziło oczywiście o przeszczepy serca czy konstruowanie rakiet nowej generacji, lecz o bardzo prozaiczne czynności. Wyniki są zaskakujące. Okazuje się, że nieco ponad 20 proc. indagowanych nie wiedziało, jak ugotować jajko lub zmienić w lampie żarówkę. Prawie połowa przyznała, że nie jest w stanie czegokolwiek ugotować bez nieustannego gapienia się w przepis i dotyczy to nawet takich dań jak jajecznica czy kanapka z szynką. Czterech na dziesięciu facetów twierdzi, że nie ma pojęcia o tym, jak zmienić dziecku pieluchę. Mniej więcej tyle samo ludzi w wieku poniżej 25 lat wyznało, iż wykonują jakiekolwiek prace domowe tylko po zapoznaniu się z odpowiednią instrukcją w Internecie. Ponad 60 proc. pytanych nie wiedziało, jak zmienić oponę w samochodzie, ale jeśli chodzi o naprawę cieknącego kranu, sprawa jest w ogóle przegrana, gdyż wie co z tym problemem zrobić mniej niż 30 proc. młodych ludzi. Ponadto dramatycznie zmalał procent ludzi, którzy wiedzę o radzeniu sobie z prostymi zadaniami wynieśli z domu, czyli np. nauczyli się pewnych zdolności od rodziców. Jeszcze w latach 70. XX wieku wskaźnik ten wynosił 75 proc., a dziś spadł poniżej poziomu 40 proc. Młodzi ludzie w zasadzie nie mają już tylko dwóch lewych rąk, ale co najmniej sześć.

W świetle tych danych to, że moje pismo jest do kitu, nie urasta do aż tak wielkiego problemu. Grunt, że nadal wiem, jako ugotować jajko i gdzie w lampie wetknąć żarówkę. Wspomniana wcześniej Aviva jest głównie towarzystwem ubezpieczeniowym, a jej badania sondażowe wynikają z tego, iż ludzie wydający polisy ubezpieczeniowe chcą wiedzieć, czy podpisują umowy z osobami w miarę rozsądnymi czy też z życiowymi niedorajdami. Na szczęście dla tych niedorajd, coraz więcej jest firm, które można wynająć do wykonywania prostych zadań typu do-it-yourself. W kilku miastach USA do domu przyjedzie na zawołanie i na mopedzie człowiek, który za drobną opłatą przepiłuje parę desek, skosi trawę, wyczyści kuchenkę, załata dziurę w ścianie, itd.

Gnębi mnie jednak jedno pytanie – czy wszystko to oznacza, iż wkrótce będzie też można zamówić specjalistę do robienia jajecznicy lub do kaligraficznie stosownego pisania odręcznych listów? Bo jeśli tak, to w zasadzie nie widzę granic tego szaleństwa. Następnym niezbędnym specjalistą winien być ktoś, kto potrafi skutecznie i z rozwagą dyskutować z czyjąś żoną lub mężem. Wtedy będzie wreszcie jakiś postęp.

Andrzej Heyduk