Szukaj
Polub nas!

felieton fot How Hwee Young EPAWielka parada wojskowa, w czasie której
zaprezentowano różne rodzaje północnokoreańskiej broni
(fot. How Hwee Young/EPA)
Mocarstwo z tektury

Dotarła do mnie mrożąca krew w żyłach wiadomość, że jedyne dwa bankomaty działające na lotnisku w stolicy Korei Północnej Pjongjangu zostały wyłączone przez chińskie banki, których są własnością. Tym samym już nikt nie będzie w stanie wypłacać tam bezwartościowych wonów z portretami różnych Kimów. Mówi się (choć zakulisowo), iż Chińczycy zdecydowali się na ten krok, gdyż mają serdecznie dość głupkowatego kurdupla potrząsającego nuklearną szabelką w kierunku reszty świata.

Jednakowoż wspomniany i bardzo krótki przywódca najbardziej odizolowanego kraju świata chińskimi poczynaniami za bardzo się nie przejął. Zapowiedział, że już wkrótce zatopi amerykański lotniskowiec, który zmierza rzekomo w kierunku Półwyspu Koreańskiego, choć sam Pentagon dał ostatnio znać, że tak naprawdę nie wie, gdzie ten lotniskowiec jest i w którą stronę płynie. Nie ma to jednak większego znaczenia, jako że zatopienie amerykańskiej jednostki przez siły Kima jest perspektywą bardzo odległą.

Nie to jest jednak najważniejsze. Z okazji 105. rocznicy narodzin dziadka opasłego kurdupla, Kim Ir Sena, w stolicy kraju odbyła się jak zwykle wielka parada wojskowa, w czasie której zaprezentowano różne rodzaje broni, w tym pięknie wyglądające rakiety balistyczne, mające rzekomo prędzej czy później zrównać Los Angeles z ziemią. Jednak czujni spece na Zachodzie są zdania, że niektóre z tych rakiet zostały wykonane przez znudzonych żołnierzy armii „ludowej” z papier-mâché, czyli z makulatury sklejonej kitem. Innymi słowy, pociski te nie są w stanie nigdzie polecieć, gdyż mają właściwości przeciętnego pudła bez żadnej zawartości.

Dla kombatantów PRL-u, do których w jakimś sensie się zaliczam, państwowy pic na wodę nie jest niczym zaskakującym. Rzeczywistość jest po to, by ją nieustannie retuszować na potrzeby jedynie słusznej sprawy. A zatem jeśli kiedyś malowano w Warszawie trawę na zielono z okazji wizyty towarzysza Breżniewa, nic nie stoi na przeszkodzie, by po placu defilad w stolicy Korei Północnej wozić tekturę przypominającą broń. Rozwiązanie takie jest nie tylko tanie, ale psychologicznie skuteczne, ponieważ nigdy nikt nie jest w stanie ustalić, o co dokładnie chodzi.

Prawda jest taka, że nigdy nie wiadomo do końca, co się w komunistycznej Korei dzieje. Może się okazać, iż przysadzisty Kim wcale nie blefuje i że rzeczywiście może zaatakować zachodnie wybrzeże USA. Ale nawet on, w całej swojej idiotycznej krasie, z pewnością zdaje sobie sprawę, że jakakolwiek realna agresja w stosunku do USA przyniesie mu tylko krótkotrwały sukces, po którym jego kraj przestanie istnieć, a problem bankomatów na lotnisku w Pjongjangu będzie miał mniej więcej takie samo znaczenie jak dostawy świeżego piasku do oaz na pustyni Sahara. Oczywiście istnieje też możliwość, że Kim jest bardziej stuknięty niż mogłoby się wydawać i nękają go skłonności samobójcze. Jednak osobiście w to wątpię, bo żaden samobójca nie chciałby się przed śmiercią spotkać z byłą gwiazdą ligi NBA, Dennisem Rodmanem.

Tak czy inaczej, Zachód zachowuje stosowną czujność. Poinformowano na przykład ostatnio, iż satelitarna inwigilacja ośrodka Punggye-ri, w którym przygotowywane były wszystkie dotychczasowe testy nuklearne Korei Północnej, wykryła frapujące wydarzenie. Zaobserwowano mianowicie, że w trzech różnych miejscach tego ośrodka personel grał w siatkówkę. W związku z tym szokującym rozwojem wydarzeń pojawiło się mnóstwo spekulacji specjalistów na temat tego, co to wszystko może oznaczać, tym bardziej że jak dotąd w siatkówkę grano tam tylko w jednym miejscu, a nie w trzech naraz. Ta jawna sportowa eskalacja może się okazać złowróżbna.

Jeden obóz znawców uważa, że Koreańczycy uganiają się pod siatką po to, by zasugerować światu, iż w ośrodku Punggye-ri absolutnie nic się nie dzieje i że o żadnych nowych testach z bronią nuklearną nie ma mowy. No bo gdyby coś tam się działo, czasu na sport po prostu by nie było. Inni są jednak zdania, że siatkówkowe zmagania sygnalizują, iż personel już wykonał wszystkie wyznaczone mu zadania i może odpoczywać, podczas gdy Kim siedzi przy panelu z czerwonym przyciskiem opatrzonym napisem „Kill Americans” i czeka na stosowny moment, by dać o sobie znać.

Moim zdaniem jest jednak jeszcze inna możliwość. Może Koreańczycy po prostu lubią grać w siatkówkę? Przecież nawet faceci czekający na rozkaz o anihilacji współczesnego świata muszą się od czasu do czasu jakoś odprężyć, ponieważ w przeciwnym razie już dawno dostaliby świra. Gdyby satelitarna obserwacja nagle wykazała, że Koreańczycy zaczęli nieoczekiwanie grać w palanta lub oddali się bez reszty pływaniu synchronicznemu, wtedy zacząłbym się martwić. Jeśli jednak poświęcają się dziełu przebijania piłki ponad obwisłą, komunistyczną siatką, to nie widzę powodów do alarmu.

Problem jest taki, że z Korei Północnej zrobiono w różnych krajach świata niemal supermocarstwo, które zagraża naszej cywilizacji. W rzeczywistości jest to totalnie zubożona kraina z tekturowymi rakietami, rządzona przez megalomańskiego kretyna. Owszem, każdy dyktator w posiadaniu znacznego uzbrojenia może być groźny, ale nigdy nie na tyle, by się nim aż tak bardzo przejmować. Hitler, à propos, był podobny, ale jego pociski nie były z tektury.

Andrzej Heyduk