Szukaj
Polub nas!

ESTA fot WikipediaUrządzenie Elektronicznego
Systemu Autoryzacji Podróży – ESTA
(fot. Wikipedia)
Ludobójca w pieluchach

Zawsze dobrze jest wiedzieć, że władza czuwa i rusza do działania wszędzie tam, gdzie pojawiają się istotne zagrożenia dla obywateli. Jest to szczególnie ważne w obecnej rzeczywistości, w której ciągle knowają coś przeciw zachodniej cywilizacji terroryści, jarosze, ateiści i rowerzyści. Amerykańskie służby, których zadaniem jest blokowanie wjazdu do USA wszelakiego barachła z różnych części świata, wykonują swoje zadania z ogromną determinacją i poświęceniem, co widać niemal codziennie. Liczne niepożądane indywidua odbijają się od amerykańskich punktów granicznych niczym piłki, nawet jeśli są to osoby w taki czy inny sposób znane lub przez kogoś oficjalnie zaproszone.

Zanim opiszę jeden ciekawy przykład niesłychanej czujności naszych rządowych stróżów, muszę wspomnieć o tym, iż w krajach objętych ruchem bezwizowym z USA wcale tak całkowicie bezwizowo nie jest. Każdy przyjezdny in spe musi najpierw złożyć formularz o nazwie ESTA (Electronic System for Travel Authorization). Nasze służby pobierają za tę przyjemność 14 zielonych, co wprawdzie nie umywa się do ceny wizy, np. w Polsce, ale za to zmusza jednocześnie wszystkich tych palantów, którzy nadal chcą tu z jakichś niewytłumaczalnych powodów przyjeżdżać, do sformułowania odpowiedzi na serię ważkich pytań.

 

Jedno z tych pytań brzmi: „Czy byłeś kiedykolwiek zaangażowany lub chcesz być zaangażowany w akty terroru, szpiegostwa, sabotażu lub ludobójstwa?”. Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie spotkałem szpiega, terrorysty lub ludobójcy, który by się ze swoją działalnością zawodową chciał w tak oczywisty sposób deklarować, szczególnie na formularzu, który jest kluczem do wpuszczenia na terytorium USA. Zakładam w związku z tym śmiało, iż wszyscy w zasadzie aplikanci wypełniający formularz ESTA odpowiadają na to pytanie krótkim „nie”. Mniej więcej z podobnych przyczyn mordercy deklarują przed sądem, iż są niewinni, nawet w obliczu oczywistych dowodów winy, gdyż zawsze się może zdarzyć, że proces sądowy zostanie przez kogoś proceduralnie spartolony, co zaowocuje niezasłużoną w żaden sposób wolnością dla przestępcy. Podsądny raczej nigdy nie mówi sędziemu, że istotnie poderżnął komuś gardło, i nie opisuje ze szczegółami, w jaki sposób tego dokonał. Jednak w przypadku serii pytań zawartych w formularzu ESTA czasami zdarzają się pomyłki.

62-letni Brytyjczyk, Paul Kenyon, ma 3-miesięcznego wnuka, Harveya Kenyona-Cairnsa. Bobas ten jeszcze do niedawna wiódł sobie beztroskie życie w miejscowości Poynton w hrabstwie Cheshire, nieco na północ od Manchesteru. Niestety jego rodzice wpadli na z gruntu lekkomyślny pomysł spędzenia wakacji w Orlando na Florydzie. Plan zakładał, że do USA polecą rodzice, dziadkowie oraz pociechy (Harvey i jego siostra). Cała grupa wynajęła dom letniskowy, kupiła bilety oraz wypełniła wspomniane już formularze ESTA. Niestety Harvey, jako osoba jeszcze niepiśmienna, sam formularza nie był w stanie wypełnić, w związku z czym zlecono wykonanie tego zadania dziadkowi. Ten zaś szybko i zdawkowo przeleciał przez wszystkie pytania i na indagację tyczącą się działalności terrorystycznej, szpiegowskiej, sabotażowej oraz ludobójczej odpowiedział „tak”. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać.

Podanie ESTA 3-miesięcznego Harveya odrzucono i został on wezwany do osobistego stawienia się w londyńskiej ambasadzie USA na przesłuchanie. W tym miejscu być może należy wspomnieć, iż podróż pociągiem z Poynton do Londynu zabiera 5 godzin w jedną stronę, a zatem nie jest to drobna przejażdżka. Mimo to wkurzony dziadek zapakował wnuka do wehikułu British Rail i udał się na Grosvenor Square w Londynie, gdzie w okazałym budynku drzemie nie tylko śmietanka amerykańskiej dyplomacji, ale również czuwa wspomniana już w pełni świadoma potencjalnych zagrożeń władza.

Urzędnik ambasady przyjął petenta z należytą uwagą, ale media milczą o tym, czy uzyskał od niego jakieś wiążące informacje dotyczące planowanych ataków na wybrane amerykańskie cele. Sam dziadek zainteresowanego powiedział potem, iż odpowiedzi Harveya ograniczały się do dość ogólnikowych deklaracji typu „goo goo ga ga” oraz „bla bla bęc”. Mimo intensywności przesłuchania delikwent ani razu się nie rozpłakał, ani też nie narobił niczego ze strachu w pieluchę.

Paul Kenyon powiedział dziennikarzom, iż przez pewien czas rozważał ubranie wnuka w pomarańczowy strój więźnia, ale potem doszedł do wniosku, iż nie był to zbyt dobry pomysł, gdyż miał do czynienia z ludźmi kompletnie pozbawionymi poczucia humoru. Miał z całą pewnością rację. Dodał też co następuje: – O ile wiem, baby Harvey jeszcze nigdy nikogo nie zabił, ani też nie szpiegował na rzecz jakiegokolwiek kraju, choć przyznaję, iż w swoim krótkim życiu dopuścił się licznych aktów sabotażu dokonanych na górach pieluch.

Ambasada USA w Londynie nie miała ze swojej strony nic do powiedzenia, co zapewne wynika z faktu, że jest nadal zajęta rozszyfrowywaniem zeznań brytyjskiego pędraka. Natomiast cała ta przygoda kosztowała jego rodzinę dodatkowe 5 tysięcy dolarów tytułem straconych rezerwacji. Problem ten nie jest oczywiście sprawą Ameryki, bo my swoje wiemy i zawsze zatrzymamy skutecznie ataki, nawet jeśli są one planowane przez osoby, które same jeszcze o nich nie wiedzą, gdyż leżą przez większość dnia na wznak w łóżeczku. My się nie damy łatwo zwieść udawaniem wczesnego dzieciństwa. Innymi słowy, nie ze mną te sztuczki, Brunner!

Andrzej Heyduk