Szukaj
Polub nas!

Końska dawka zdrowia

(fot. Alexander Bilik)Dobroczynny i uzdrawiający wpływ obcowania ze zwierzętami odkryto już w starożytności. Starożytni Grecy byli pierwszymi, którzy w celu poprawy zdrowia i samopoczucia zaczęli wykorzystywać konie. Dzisiaj nazywamy tę metodę rehabilitacji − hipoterapią...

Później odkryto, że terapia z udziałem koni wspomaga m.in. leczenie mózgowego porażenia dziecięcego oraz chorób i wad wrodzonych centralnego układu nerwowego. Korzystnie wpływa również na pacjentów z ADHD czy zespołem Downa. Może być stosowana przy leczeniu upośledzenia umysłowego, zaburzeń emocjonalnych, autyzmu, depresji lub zaburzeń zachowania. Jest polecana podczas rehabilitacji po amputacji kończyn, a u osób dorosłych także w stanach po udarze mózgu. Wspomaga terapię uzależnień. Przeciwwskazaniami są jedynie alergia na sierść i pot koński.

Podczas odbywania konnych przejażdżek możliwa jest… nauka chodzenia bez chodzenia. Koń idąc przenosi impulsy ruchowe na miednicę pacjenta. W ten sposób imitowane są ruchy ciała idącego człowieka. Dla osób przykutych do wózka inwalidzkiego to jedyna możliwość doznania tego, co czuje chodzący człowiek. Ważnym elementem leczniczym hipoterapii jest zmniejszenie napięcia mięśni.

Jazda konna koryguje także postawę i usprawnia pracę naszych organów wewnętrznych. Stymuluje układ hormonalny i wegetatywny, poprawia krążenie. Zaś kołyszące ruchy konia i wyższa od ludzkiej temperatura jego ciała sprzyjają relaksowi.

Pies na receptę

Pies z uporem trącał nosem ciągle w to samo miejsce na prawej piersi swej właścicielki. W końcu kobieta nie wytrzymała i obmacała je palcami. Wyczuła minimalne zgrubienie. Na wszelki wypadek poszła do lekarza − badania wykazały pierwsze stadium nowotworu. Szybko przeprowadzona operacja uratowała jej życie.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Nancy Best z Kalifornii nie ma wątpliwości, że ukochana suka Mia uratowała jej życie.

Gdyby nie ona, na pewno nie przebadałabym się tak szybko − opowiada dziennikarzom. − Straciłam pierś, ale żyję.

Niedawno obchodziła dziesiątą rocznicę tego wydarzenia.

(fot. Wikimedia Commons)Medycyna zna sporo podobnych przypadków. Psy dzięki doskonałemu węchowi mogą wyczuwać zmiany chorobowe. Prawdopodobnie reagują na zapach substancji wydzielanych przez komórki rakowe. Niestety, nie potrafią w czytelny sposób przekazać tych informacji. Zachowanie suki pani Best było wyjątkowe.

Od jakiegoś czasu w USA i Wielkiej Brytanii podjęto próby takiej tresury, by zwierzęta rozpoznawały choroby w podobny sposób jak wykrywają przemycane narkotyki. Jest to jednak trudne, gdyż chorób są tysiące i psy nie bardzo wiedzą, czego szukać.

Stawianie diagnozy lepiej więc pozostawić lekarzom. Ale zawsze warto obserwować swoje zwierzaki. One doskonale znają właścicieli i reagują, gdy coś się z nimi dzieje. Niekoniecznie musi chodzić o chorobę. Posiadacze psów dobrze wiedzą, że gdy wpadają w przygnębienie, ich ulubieńcy szczególnie natarczywie domagają się zainteresowania i pieszczot, co w pierwszej chwili wywołuje złość na swoje czworonogi. Ale później okazuje się, że zajęcie się zwierzakami poprawia nastrój.

Kiedy czułam, że nie zdołam podnieść się z łóżka, mój Nero zmuszał mnie do wysiłku − wspomina Maria, która kilka lat temu przeszła chemioterapię i zmagała się z jej następstwami. − Mąż wyjeżdżał w delegację, ja zostawałam sama z psem. Chcąc nie chcąc, musiałam przygotować mu jedzenie, wyprowadzić na spacer, pogłaskać.

Wierny kundelek nie odstępował jej na krok. Gdy nie chciało jej się ruszyć, siadał przy łóżku i patrzył tak żałośnie, że ustępowała.

Dziś wiem, że bardzo mi pomógł w rekonwalescencji – mówi.

Kocie tajemnice

Już w XVIII wieku doktor William Tuke ze szpitala w Londynie przekonywał, że obecność zwierząt sprzyja odzyskiwaniu zdrowia przez jego pacjentów i pozwalał na trzymanie w salach królików. W czasie II wojny światowej za radą psychologów do niektórych amerykańskich szpitali sprowadzono psy i koty. Dzięki temu ranni żołnierze chociaż na chwilę zapominali o bólu i kalectwie, łatwiej też znosili samotność.

Obecność zwierząt jest zbawienna także dla zdrowych. Naukowcy z Uniwersytetu Stanu Minnesota wybrali pięć tysięcy osób, z których połowa miała psa lub kota, a połowa nie, i przez 10 lat obserwowali stan ich zdrowia. Okazało się, że wśród posiadaczy zwierząt było o jedną trzecią mniej zawałów serca i załamań nerwowych.

Wyjaśnienie tego fenomenu w przypadku psów nie sprawia trudności. Trzeba je przecież przynajmniej dwa razy dziennie wyprowadzić na spacer, a pozytywny wpływ ruchu na świeżym powietrzu na pracę serca jest oczywisty. Dlaczego jednak identyczny rezultat dało posiadanie kotów?

Z własnego doświadczenia wiem, że głaskanie kota i wsłuchiwanie się w jego mruczenie działa uspokajająco. Potwierdzają to również badania naukowe. Podczas zabawy z kociakiem mózg zwiększa wydzielanie endorfiny, czyli tak zwanych hormonów szczęścia odpowiadających za dobry nastrój. Pod ich wpływem obniża się z kolei poziom adrenaliny i kortyzolu, czyli hormonów stresu. I w tym kryje się kocia tajemnica, bo przecież stres i napięcia nerwowe są jedną z przyczyn zawałów.

Kot chadza co prawda własnymi drogami, jednak jego ścieżki w końcu zawsze prowadzą do człowieka. A gdy zaczyna się łasić i mruczeć, działa jak lek na całe zło, a nad pigułkami ma tę przewagę, że nie wywołuje żadnych efektów ubocznych.

W ramach eksperymentu kocią terapię zastosowała grupa amerykańskich maklerów giełdowych, pracujących w olbrzymim napięciu i cierpiących z tego powodu na wysokie ciśnienie. Po pół roku w ich organizmach zaszły wręcz cudowne zmiany – bez żadnych dodatkowych środków ciśnienie wróciło do normy.

Podwodni rehabilitanci

Marcin jest grafikiem i całe dnie spędza przed komputerem w jednej z prasowych redakcji. Gdy któregoś dnia ustawił na biurku akwarium, koledzy uśmiechali się dwuznacznie. Dziś wraz z nim relaksują się, patrząc na kolorowe rybki pływające wśród zielonych roślin.

Philippe Dupuis, francuski psycholog i akwarysta, przekonał niedawno szefów kilku paryskich szpitali dziecięcych do ustawienia dużych akwariów w poczekalniach. Efekty są znakomite, dzieci przestają się bać, łatwiej nawiązują kontakt z lekarzami. Dobroczynny wpływ kolorowych rybek na swoich podopiecznych potwierdzają także pracownicy domów opieki dla osób w podeszłym wieku.

Równie uspokajająco działa śpiew ptaków. Wydawane przez nie choć niesłyszalne dla naszego ucha ultradźwięki przenikają do komórek ludzkiego ciała i wywołują w nich korzystne zmiany.

Znany jest także bardzo korzystny wpływ na samopoczucie człowieka delfinów. Co ciekawe, zwierzęta te szczególnie interesują się tym, co nowe i odbiegające od znanej im normy. Jeśli więc oswoiły się ze zdrowym i wyluzowanym treserem, a w wodzie obok nich pojawia się osoba zestresowana lub chora, zaczynają reagować. Naukowcy przypuszczają, że wysyłają w jej kierunku ultradźwięki, które wywołują uzdrawiający rezonans w komórkach. Najbardziej wrażliwe na te sygnały są komórki nerwowe, dlatego pływanie z delfinami działa na człowieka tak uspokajająco. Te intrygujące ssaki potrafią też działać jak najnowocześniejsze USG. Gdy do wody wejdzie kobieta w ciąży, nawet tak wczesnej, że jeszcze sama o niej nie wie, natychmiast podpływa do niej stado delfinów.

Delfiny nie tylko koją, ale także i leczą. Ich pacjentami są przede wszystkim dzieci: autystyczne, niewidome, z zespołem Downa. Dzięki bliskim kontaktom z tymi zwierzętami malcy stają się odważniejsi, sprawniejsi fizycznie i bardziej otwarci na świat. Profesor David Mathanson, który prowadzi Maraton Key na Florydzie, odnotował wiele zadziwiających przypadków. Niektórzy z jego podopiecznych powiedzieli pierwsze w życiu słowa, nazywając wrzucane do wody i przynoszone przez delfiny przedmioty. Inni nauczyli się liczyć i okazywać żywsze uczucia. Spotkania z delfinami są jednak dostępne tylko dla nielicznych. Na szczęście mają one równie skutecznych zmienników.

Skąd one to wiedzą?

Brytyjski biolog Rupert Sheldarke przekonuje, że nie da się wytłumaczyć korzystnego wpływu zwierząt na człowieka jedynie większą wrażliwością zmysłów. Jego zdaniem, zwierzęta kierują się intuicją i czymś w rodzaju telepatii, pozwalającej na odczytywanie niewidzialnych i niesłyszalnych dla nas sygnałów ze świata natury. W swoich książkach opisał setki zdarzeń, wobec których nauka pozostaje bezradna. Doświadczył tego również osobiście.

„Pewnego ranka mój zawsze spokojny pies Toby nie chciał mnie wypuścić z domu. Zapierał się, odpychał od drzwi, w końcu zamknąłem go na klucz w kuchni – pisze w swojej książce Niewytłumaczalne moce zwierząt. –  Kiedy wychodziłem, słyszałem jego żałosne wycie. Dwie godziny później uległem wypadkowi samochodowemu, miałem pęknięte kręgi szyjne, złamaną prawą rękę. Gdybym posłuchał mego psa, uniknąłbym nieszczęścia. Od tego czasu zawsze się zastanawiam nad tym, co chce mi przekazać”.

Nie ma sposobu, żeby sprawdzić, czy zwierzęta tak jak ludzie miewają przeczucia. Bez wątpienia są one jednak częścią natury, od której my – tworząc sobie sztuczny, techniczny świat – coraz szczelniej się izolujemy. Ale ona wciąż do nas przemawia i wzywa.

Najlepszymi, bo codziennymi i bezgranicznie szczerymi pośrednikami w tych kontaktach są zwierzaki. Są najwierniejszymi z przyjaciół. Żywią nas, bawią i chronią. Co więcej, zwierzęta często całkiem bezinteresownie ofiarują nam to, czego nie można kupić za żadne pieniądze – zdrowie. Warto o tym pamiętać, bo patrząc na plączące się pod nogami stworzenie, często nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakie z niego cudo.

Izabela Sobczyk