Szukaj
Polub nas!

irytacja fot Pixabay(fot. Pixabay)Człowieku, nie irytuj się

Jesteś tym, co myślisz – takie zdanie może przerazić. Bo ileż w naszej głowie myśli czarnych, niepotrzebnych, trujących. Dlaczego trzeba traktować problem martwienia się i niepokojenia naprawdę poważnie? Przyczynę wyraził bardzo jasno wybitny psychiatra, dr Smiley Blanton: „Denerwowanie się to zaraza naszych czasów i jak każda zaraza zabiera dużo ofiar”...

Pewien sławny psycholog twierdził, że: „strach jest najbardziej dezintegrującym wrogiem osobowości człowieka”, a znany lekarz dodaje, że: „zmartwienie i niepokój to najbardziej nieuchwytne i niszczące z ludzkich schorzeń”. Ludzie ci nie potrafili się pozbyć lęków, które zwróciły się do wewnątrz, atakując zarówno osobowość, jak i ciało, i powodując rozmaite niedomagania.

O destruktywnym charakterze denerwowania się przypomina nam pochodzenie angielskiego słowa worry (martwić się, trapić, niepokoić) od staroangielskiego słowa „dusić”. Gdyby ktoś chwycił cię za gardło i mocno ścisnął odcinając przepływ żywotnych sił, byłoby to dramaturgicznym przedstawieniem tego, co sam ze sobą robisz przez długotrwałe, nawykowe już często zamartwianie się i denerwowanie.

Mówi się, że zmartwienia i niepokój są jednym z czynników wywołujących artretyzm. Ludzie, którzy analizowali przyczyny tego powszechnego schorzenia potwierdzają, że u pacjentów cierpiących na artretyzm stwierdzili z reguły przynajmniej niektóre z następujących czynników: klęska finansowa, frustracja, napięcie, niepokój, samotność, smutek, długotrwała niechęć lub uraza, nawyk denerwowania się.

Pracownicy pewnej amerykańskiej kliniki przebadali ponoć 177 mężczyzn, o przeciętnej wieku 44 lata, zajmujących kierownicze stanowiska w firmach i stwierdzili, że połowa z nich cierpiała na wysokie ciśnienie, choroby serca lub wrzody przewodu pokarmowego. We wszystkich przypadkach istotnym czynnikiem były nerwy.

Ten, kto się denerwuje, ma, jak się wydaje, mniejsze szanse na długie życie niż ten, kto nauczył się przezwyciężać zdenerwowanie.

Pewien ekspert zajmujący się długością życia przebadał około 450 osób, które dożyły stu lat. Stwierdził, że ludzie ci żyli tak długo i byli zadowoleni z życia z następujących powodów:

– zawsze byli czymś zajęci,

– zachowywali umiar we wszystkim,

– jedli niewiele i prosto,

– czerpali z życia dużo uciechy,

– wcześnie kładli się spać i wcześnie wstawali,

– byli wolni od zmartwień i lęków, zwłaszcza lęku przed śmiercią,

– mieli spokojne umysły i wiarę w Boga.

Wyniki jego badań wskazywały również, że zamężne kobiety i żonaci mężczyźni żyją dłużej niż osoby stanu wolnego. Być może dlatego, że w małżeństwie można podzielić zmartwienie i nerwy na pół. Kiedy jest się samotnym, trzeba wszystko dźwigać samemu.

Niejednokrotnie słyszymy, jak ktoś mówi: „Jestem prawie chory ze zmartwienia”, a potem dodaje: „Ale ze zmartwienia nie można się na szczęście rozchorować”. Ten, kto tak mówi, jest w błędzie. Ze zmartwienia można się rozchorować.

Sławny amerykański chirurg dr George W. Crile, powiedział: „Boimy się nie tylko umysłem, ale i sercem, mózgiem i wnętrznościami, zatem jakikolwiek byłby powód niepokoju, skutki można zawsze dostrzec w komórkach, tkankach i narządach ciała”.

Dr Stanley Cobb, neurolog, twierdzi, że denerwowanie się pozostaje w głębokim związku z objawami schorzeń reumatycznych. Inny zaś lekarz powiedział, że mamy na świecie epidemię lęku i zmartwienia.

Jak uwolnić się od czarnych scenariuszy rojących się w naszych głowach? Czarodziejskich sposobów nie ma – twierdzą psychologowie i psychiatrzy. Chodzi o to, żeby zmieniło się nasze nastawienie. Myślimy na przykład w ten sposób: „Ojej, muszę iść do pracy, mam dzisiaj dużo spotkań”. Skutkiem takiej myśli jest niepokój, nawet zdenerwowanie. Żeby nie doświadczyć tych emocji, trzeba zmienić sposób nastawienia i myśleć tak: „Jak dobrze, że mam pracę. Mam dzisiaj dużo spotkań, trochę się tego boję, ale będę miał okazję poznać nowych ludzi, może coś nowego wniosą do mojego życia”.

Gdy ogarniają nas nieprzyjemne emocje psychologowie zalecają, by zastanowić się, co byśmy chcieli czuć w danym momencie. Że chcielibyśmy na przykład wyjść w dobrym nastroju z pracy. Wówczas świadomie zmieniamy frustrujące myślenie na konstruktywne, dające szansę zmiany samopoczucia. To przekierunkowanie myśli na drugą stronę. Optymista mówi, że szklanka jest do połowy pełna, pesymista że od połowy pusta. Tak naprawdę optymistów i pesymistów spotyka taka sama liczba złych czy dobrych wydarzeń. Różnica polega na postrzeganiu, co udowodnił w swoich badaniach Amerykanin Martin Seligman, twórca nowej koncepcji nauki zwanej psychologią pozytywną. Każdemu może przytrafić się nieszczęście bądź zdarzenie nieszczęśliwe. Tylko, że optymista podejmuje więcej prób i dlatego ma większe szanse powodzenia wyjścia z trudnej sytuacji. Pesymista ich nie podejmuje, ponieważ uważa, że nie warto.

Martin Sligman w swojej książce „Prawdziwe szczęście” pisze o tym, że możemy ćwiczyć swój optymizm w różnych dziedzinach życia. Ważny jest również ten dotyczący przeszłości. Błędem jest myślenie o sobie, że na przykład skoro zostałem wychowany na przesadnego perfekcjonistę, to już się nie zmienię i zawsze będę się z tym męczyć. Jeśli nie pomoże nam myślenie, że nasi rodzice też są ludźmi i popełnili błędy wychowawcze, to generalnie do tego, co wnieśliśmy z przeszłości w teraźniejszość, potrzebny jest dystans.

Najlepiej jest żyć chwilą, ale nasze myśli często wybiegają w przyszłość. O przyszłości trzeba też myśleć pozytywnie. Mieć cel, który chcemy osiągnąć kiedyś, ale myśląc tu i teraz. Wyznaczamy sobie na przykład dalekosiężny cel dotyczący naszej kariery, ale realizujemy go krokami. Zaczynamy od tego, że jutro na przykład zapisujemy się na konkretne szkolenie. Jak się coś robi, to nie ma miejsca na zaniedbania, poczucie winy, nie ma też miejsca na pesymistyczne wizje przyszłości. Można poczuć się dobrze.

Jak dobre myśli zaprosić do naszego wnętrza? Seligman proponuje: „Zamiast myśleć, że świat jest zły, zastanów się co dobrego cię spotkało od innych ludzi”. Jeśli się poszuka, można niejedno znaleźć. Albo odpowiedz sobie na pytanie: „Co mi się ostatnio udało?”. Nie muszą to być jakieś wielkie osiągnięcia, bo to drobnostki budują życie. Można ucieszyć się z tego, że nie zdenerwowałem się rozmawiając z nielubianą koleżanką. Albo znalazłem czas, żeby iść do fryzjera i to mi fantastycznie poprawiło humor. Delektować się trochę tym uczuciem. Jak najczęściej trzeba myśleć o pozytywnych uczuciach, a nasze małe przyjemności mogą zdziałać cuda.

Seligman dowodzi, że optymiści są towarzyscy. Ta cecha ich mocno wyróżnia. Nie są ani bogatsi, ani inteligentniejsi od pesymistów. Mają po prostu więcej przyjaciół. I to prawda. Nieszczęśliwi i cierpiący, w znaczeniu ciągle narzekający, mają dar zatruwania otoczenia. Ludzie od nich uciekają. W życiu chodzi o to, by cierpieć tyle, ile trzeba, a nie w nadmiarze. Dotyczy to wszystkich ludzi.

Izabela Sobczyk